Tak o Leonie Niemczyku, jednym z najwybitniejszych aktorów filmowych, który zmarł wczoraj w Warszawie w wieku 83 lat po ciężkiej i długiej chorobie (rak płuc), powiedział Kazimierz Kaczor.
Miał na koncie ponad 400 polskich filmów i seriali i około 60 niemieckich. Wybitne kreacje stworzył w filmach „Baza ludzi umarłych” Petelskiego, „Pociągu” Kawalerowicza , „Nóż w wodzie” Polańskiego. Aktorem został przez przypadek, a na jego losach zaważyły wydarzenia wojenne. Maturę zdał w tajnych kompletach, był w podchorążówce i amerykańskiej armii generała Pattona. Po wojnie nie chciał zostać w Polsce, ale kiedy trafił do gdyńskiego studia aktorskiego Iwo Galla, postanowił nie wyjeżdżać.
Na początku kariery był związany z Objazdowym Teatrem Komedii Muzyczne w Warszawie, potem z Teatrem Wybrzeże w Gdańsku, Teatrem Ziemi Pomorskiej w Bydgoszczy i łódzkim Teatrem Powszechnym. W Łodzi obchodził jubileusz 50-lecia pracy aktorskiej.
Przed laty, kiedy odszedł z teatru do filmu, nie krył swojego rozczarowania, a i wyznał szczerze, że zrobił to dla pieniędzy: „Pieniądze, jak mówią, nie dają szczęścia, ale są potrzebne. Trudno przecenić, żebym wyżył z emerytury. Nie chcę się żalić, ale te, które otrzymuję, nie wystarczą mi na zapłacenie comiesięcznych świadczeń…”
Leon Niemczyk znany był z burzliwego życia osobistego. Miał sześć żon. – „Będąc stale w rozjazdach, musiałem zrozumieć, że szczęście we dwoje, nie może trwać wiecznie. Miałem kilka rozwodów, ale za każdym razem one (to o żonach) zawsze na tym dobrze wychodziły, zwłaszcza finansowo”…
Zawsze dystansował się wobec środowiska aktorskiego, a mieszkanie w Łodzi uchroniło go przed warszawką, jej salonami i koteriami.
„Jestem warszawiakiem – mawiał – ale do Łodzi przyjechałem przed laty, bo była mekką aktorów. W miejscowej wytwórni filmowej powstawały dziesiątki filmów. Zresztą grałem dużo w niemieckich obrazach na Zachodzie i było mi bliżej o te 120 kilometrów do Berlina. Może to mnie uchroniło przed wciągnięciem w orbitę układów i układzików?”
Czy miał wokół siebie zawistników? – „Starałem się ich nie dostrzegać – odpowiadał – im człowiek starszy, tym mądrzejszy”.
Nie tolerował chamstwa i nielojalności. Na trzy lata przed śmiercią powiedział: – „Niektórzy w miarę upływu lat stają się coraz bardziej kategoryczni. Mnie to nie dotyczy, ja łagodnieję. Cieszę się, że nie tylko starsi, ale i młodsi widzowie jeszcze mnie rozpoznają. To oznacza, że jeszcze nie odchodzę w niebyt. Niektórzy mają wielkie oczekiwania – ciągle chcą być gwiazdami, nawet jeśli bledną i bledną. Mnie wystarczy, że jestem jeszcze płomykiem świecy”.
Ale i ten płomyk zgasł na zawsze. I nikt, i nic nie przywróci go do istnienia. Taki żal.
„Ta jak pięknie żył, tak pięknie odszedł – powiedział Jan Nowicki. Dla mnie odszedł ktoś bardzo szczególny”.
A ktoś z internatów napisał: „Odszedł wybitny człowiek z poczuciem humoru, ktoś nieprzeciętny. Bez niego nie będzie już tego samego kina polskiego”. I trudno się z tym nie zgodzić.
Autor artykułu: Janusz Świąder